Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biebrza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biebrza. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 maja 2014

Natka może być tylko jedna!

"Człowiek tym jest większy, im jest bardziej sobą."
  
Antoine de Saint-Exupéry

 Nic nie zapowiadało tej eksplozji. Ot! Przypadek. Jedna za mała brytyjska wojskowa bluza. Za mała na tatę, a idealna dla Natki. No i stało się. Baletki, bluza w kamuflażu leśnym i chusta (bardziej dekoracyjna niż maskująca) to idealne przecież połączenie maskujące nad Biebrzą. Jeśli dołożymy do tego legendę polskich bezdroży, złote dziecko radzieckiej myśli technicznej czyli samochód UAZ w ciemnej zieleni pokaz mody mamy gotowy. Natka na szczęście zniosła dzielnie i z dystansem dwóch fotografujących. Z drewnianą strzelbą Mateusza i wojskową czapką wygląda jak okręgowy nadleśniczy. Był to pierwszy bagienny pokaz mody w Wilczej Jamie. Ciekawe co Natka przygotuje w przyszłym roku. Może jakiś komplet ze spodniami?






 


poniedziałek, 12 maja 2014

Wilki z Wilczej Jamy

"Jeżeli dajesz, otrzymujesz więcej niż dajesz. Byłeś bowiem niczym, a teraz stajesz się."

Antoine de Saint-Exupéry

Skoro Wilcza Jama to i wilki muszą być. Jest niedziela. Nasze wilki przyjechały tuż po mszy. Wilk Marek, wilczycza Beata i wilczęta. Wilki muzykalne. Słuchają Mateusza, a repertuar trudny. Nie mają łatwo. Nie tylko słuchając. W życiu nie przelewa się. Biebrza to nie Warszawa i życie nie zawsze tu usłane różami. Na szczęście silni są pogodą ducha. I serdeczni. I otwarci. Szczerze uśmiechnięci.  Dobrze spotkać dobrego człowieka po drodze...

Następny post będzie specjalny. Biebrzańsko militarny pokaz mody w wykonaniu Natki i Uaza. Czekajcie cierpliwie!

 

 


Mat o poranku

"Nie umiemy przewidywać najistotniejszego. Każdy z nas zaznał w życiu największych radości wtedy, kiedy nic ich nie zapowiadało."

Antoine de Saint-Exupéry

Mat wstał o czwartej rano. To była trzecia i wreszcie udana próba. Dwie pierwsze zakończyły się ponownym przyłożeniem głowy do poduszki. Trochę zaspany, trochę nie w sosie. I masa wymagań: żeby były łosie, żeby po bagnach pochodzić. Pojechali z tatą Natką, Adrianem i Piotrkiem na groblę przy Gugnach. Gugny osada, którą w całości zarządza Krzysztof znany szerzej jako Król Biebrzy. Osada na skraju bagiennych łąk z jednej strony i lasu z drugiej. O Królu Biebrzy już pisałem w latach poprzednich. Cierpliwi odnajdą. Grobla przy Gugnach jest doskonała do spacerów. Prowadzi przez bagienną łąkę do lasu usytuowanego na wzniesieniu. Na jego skraju znajduje się wieża obserwacyjna z pięknie roztaczającym się widokiem na Biebrzę, która w tym roku oddalona była o około dwa kilometry. Mało śniegu było to i wody mało.
Taki chłopiec obudzony o czwartej rano nie jest zbyt elastyczny. Widząc jak pozostali uczestnicy zakładają zwykłe kalosze, bo grobla sucha, zaczął naburmuszony zadawać pytania po co właściwie ma zakładać wodery skoro reszta w kaloszach. I co tu odpowiedzieć? Że możliwe, że łoś będzie to podejdziemy, a w kaloszach się nie da? W końcu jednak udaje się nakłonić chłopca do założenia za dużych woderów. Całe szczęście, że Biebrza potrafi docenić wysiłek. Zaraz po wyjściu z lasu pokazały się dwa łosie. Niezbyt blisko. To dobry powód, żeby wleźć w bagno i trochę się zbliżyć. Mat juz się uśmiecha. Można powiedzieć, że dzień jest udany. Potem jeszcze sarna przebiegła wypłoszona przez nisko przelatujący czerwony balon. Jakiś ptaszek przysiadł na krzaku. Na wieży grupa zjadła śniadanko i grzecznie wróciła do Wilczej Jamy. Poranek można zaliczyć do udanych.













Ognisko

"Drzewo jest mocą, która powoli wznosi się ku niebu."

Antoine de Saint-Exupéry

Ulotna magia ogniska. Ogień od zarania traktowany był mistycznie. Dym palonego drewna unosił myśl do stwórcy niezależnie od systemu religijnego. Czysty duchowy przekaz. Nie ma chyba chłopca, który nie byłby zafascynowany ogniskiem. Zebrać drewno, odpowiednio ułożyć i rozpalić. Uczta dla chłopców wyrastających z dzieciństwa i wkraczających w wiek młodzieńczy. Kuba szkoli się pod czujnym okiem mistrza Adriana. Dym już unosi się ku górze. Ogień zapłonie za chwilę. Tata Adam odpoczywa zażywając kąpieli z fal monitora komputera.  Dzicz dziczą, Biebrza Biebrzą, ale nie dajmy się zwariować.




niedziela, 11 maja 2014

Leniwy czas

"Kot nie podróżuje, jego orbita jest leniwa i niewielka, z maty na krzesło, z sieni na klomb bratków, rysunek powolny, tak jak u Matisse'a, kot namalowany, nigdy Jackson Pollock czy też Appell." 

Julio Cortázar

Wilcza Jama, leniwie płynie czas. Odpoczywam. Wreszcie na powietrzu po 4 miesiącach w domu i szpitalu. Bez szaleństw, bez wycieczek rowerowych. Spokojnie poleguję i drzemię na powietrzu. Zapach lasu, ciepłe słońce i świeże powietrze usypiają mnie, ale to zdrowy sen. Leniwy czas. Tata wrócił już z bagien. Wszyscy dawno zjedli śniadanie. Zbliża się pora obiadu. Mateusz nie zapomina o ćwiczeniach na akordeonie. Dziś ma wiernego słuchacza.  Adam rozdziela przygotowaną przez siebie legendarną zupę cebulową. Pyszota. Słodki zapach roznosi się po okolicy. Ptasi gość sprawdza czujnie obejście. Obserwuje leniuchów z miasta. W Wilczej Jamie świetnie się wypoczywa. Nikt nie narzeka na brak zajęć niezależnie od pogody choć tym razem nie padało. Weekend majowy oszczędził nam deszczu. Chyba mieliśmy szczęście. Noce tylko były chłodne, ale na szczęście w domach są kominki.






Kopytkowo

"Najpiękniejszą rzeczą, jakiej możemy doświadczyć jest oczarowanie tajemnicą. Jest to uczucie, które stoi u kolebki prawdziwej sztuki i prawdziwej nauki. Ten, kto go nie zna i nie potrafi się dziwić, nie potrafi doznawać zachwytu, jest martwy, niczym zdmuchnięta świeczka."

Albert Einstein

Wschód nad Kopytkowem... znów wracam myślą na bezkres bagiennej łąki. Nic przecież szczególnie wyjątkowego. Miejsce jak wiele innych nad Biebrzą. Bagienna łąka, która powstała po wykarczowaniu bagiennego lasu. 300 lat koszenia trawy, wokół woda i trawy, kępy krzaków, w oddali las. Monotonna przestrzeń. Zdjęcia też takie sobie...nic specjalnego. Ot, dokumentacyjna powinność. Zbyt późno zaczęliśmy, żeby przyczaić się na zwierzaki. Wymarsz po wschodzie słońca to nie najlepszy pomysł jeśli się chce je fotografować. Owszem, wszędzie słychać ptaki, ba, nawet widać je w oddali jak startują spłoszone naszym marszem, Człowiek jest niezgrabny na bagnach. Hałasuje, rzuca się w oczy tak jak przelatujący balon, który dopełnia aktu zniszczenia płosząc wszystko co żywe i dzikie. Grupa turystów podziwia dolinę z lotu ptaka. Przyjemność dostępna dla każdego po 450zł od osoby. Poranki na bagnach są wyjątkowe. Pewnie za sprawą mgieł i jazgotu ptaków. Przestrzeń niby statyczna, a tak wiele w niej życia. Wszystkie odcienie zieleni. I spokój. Taki majestatyczny. I zapach. Wschód słońca ma inny zapach w różnych miejscach. Inny ma wschód w górach, inny w lesie. Ten bagienny jest równie niepowtarzalny. I ma wiele barw w zależności od pogody. Po drodze do Kopytkowa mijamy ptaki na przydrożnych łąkach. Nie spieszą się z poderwaniem do lotu.







poniedziałek, 5 maja 2014

Cel osiągnięty



"Przestrzenią ducha, gdzie może on rozwinąć skrzydła, jest cisza."

Antoine de Saint-Exupéry

W Kopytkowie kończy się droga. Nie tak zwyczajnie. Nie jest to zapomniana wioska z podupadającym sklepem, przed którym okupowana jest stara ławka przez okolicznych mieszkańców. W Kopytkowie nie ma sklepu, a drogę kończy szlaban. Za szlabanem zaczyna się bagno, które rozciąga się, aż po horyzont. Po prawej stronie Biebrza.  Droga do Kopytkowa czasem jest, a czasem jej nie ma. Potrafi zniknąć zalana wodą. Nikt z tego powodu nie robi dramatu. Tak po prostu się zdarza, jeśli jest dużo śniegu zimą. Wtedy Biebrza rozlewa się nie znając ograniczeń. Jak wygląda zalana droga do Kopytkowa możecie zobaczyć  tutaj
Może nie widać, ale droga jest między drzewami. W Kopytkowie żyje Rumcajs z Rumcajsową, którzy prowadzą gospodarstwo agroturystyczne z kajakami i tratwami. Cisza i spokój. My jednak wolimy biebrzańską Wilczą Jamę, z której łatwiej dojechać w inne części doliny Biebrzy, a i właściciele przemili.
Bagienne łąki za Kopytkowem w prostej linii łączą się z grzędami czyli piaszczystymi  wydmami w rejonie Czerwonego Bagna. To jasna linia po lewej stronie zdjęcia. Cel, którego osiągnięcie wymagało 3 prób. Pierwsza odbyła się, kiedy to po raz pierwszy pojawiliśmy się latem nad Biebrzą. Pojechaliśmy uzbrojeni w wózek dziecięcy i zwykłe kalosze. Skoro jest szlak to musi być ścieżka, a jak jest ścieżka to i wózek da radę. Okazało się, że szlak jest umowny i nie ma żadnej ścieżki. Rumcajsowa bez większych ceregieli  wyśmiała nasz pomysł. Nie ma się co dziwić. Kalosze się nie nadawały. Musieliśmy zawrócić. Drugą próbę podjęliśmy w ubiegłym roku, ale wody było tak dużo, że bez wysokiej terenówki lub ciągnika nie było mowy o dotarciu do Kopytkowa, nie wspominając nawet o przejściu, choć posiadając ponton dotarcie do wydm mogłoby okazać się o wiele prostsze niż piesza wędrówka po kolana i pas w błocie.  Szymkobus zakończył podróż tuż za mostem w Dolistowie.
W tym roku trzecia próba zakończyła się wreszcie sukcesem. Uzbrojeni w wodery lub spodniobuty wędkarskie pokonaliśmy 3,5 km szlak do wydm w obie strony. Cel osiągnięty. Po drodze minęliśmy las olsowy, w którym łosie mają doskonałe warunki do życia. Jeden nawet się zaprezentował. Sama przeprawa okazała się dość męcząca. 3,5 km pokonaliśmy w dwie godziny.  Po drodze powstała nowa miara prędkości – 1 węzeł bagienny – to dwa km/h oraz pojawił się zarys skonstruowania bagiennego pojazdu osobistego typu segway na gąsienicach. (weryfikacja po powrocie materiałów dostępnych w sieci wskazuje, że segway na gąsienicach jest już produkowany.) Dotarcie do wydm i osiągnięcie celu było przyjemnym doświadczeniem. Mogliśmy spokojnie zjeść śniadanie. Mogę powiedzieć, że tata, Piotr i Adrian dokonali pierwszego majowego pieszego przejścia w 2014 roku z Kopytkowa na wydmy. Piotr podekscytowany sukcesem postanowił odwiedzić Grzędy i przespacerować się szlakami leśnymi w okolicach Czerwonego Bagna. Do Wilczej Jamy wrócił około 20.00 z 53km w nogach w nadzwyczaj zadowalającym stanie ducha i ciała. Adrian z tatą wrócili do Kopytkowa z powrotem przez bagna i łąki. Tata przekonał się, ze zanurzenie się w bagnie do klatki piersiowej nie nastręcza większych trudności. Na szczęście Adrian był tak zaaferowany, że nie zdążył wyjąć aparatu. Obaj zadowoleni wrócili do Wilczej Jamy. 

.