No to poszaleliśmy sobie. Dla równowagi. Takich zdjęć Mateusza jak się okazuje jest masa, ale przecież to nie jest blog fotograficzny. (tu mrugam okiem do Was) Był Mat, Tuareg i tata. Na razie może wystarczy.
Dziś byłem mniej senny. Wołałem od rana. Zjadłem ładnie śniadanko. Potem było przedszkole. Po przedszkolu spałem. Zmęczyłem się. Teraz zasypiam. Czas grzecznie w łóżeczku spać. jeszcze tylko krówka zaśpiewa moją ulubioną piosenkę... a gyyyy... daję znać, że jestem.
„Tu maska maskę dręczy! Zrzućcie maski! Zwykłymi stańcie się ludźmi!”
Witold Gombrowicz
Tylko jak to zrobić?Nie wiem czy zauważyliście, ale rodzice takich dzieci jak ja zwykle się uśmiechają, nie mająproblemów, ani kłopotów. Zawsze wszystko jest w porządku. Zabiegani są. To oczywiste. Ciągle w ruchu, w pośpiechu, ale kto nie jest! Przecież wszyscy się gdzieś spieszą. Praca, dom, szkoła. Tysiąc powodów, mimo, że Ziemia nie kręci się szybciej niż kiedyś. Nie wiem czy ten uśmiech i szczęśliwość to nie jest po prostu maska, forma obrony, sposób na dodawanie sobie sił. Może i tak, ale jeśli działa, jeśli się sprawdza to wystarczy. Przecież nie rzucą wszystkiego i nie powiedzą dość. Nie będą strajkować, protestować. Każdego dnia z pokorą zajmą się nami nie oglądając się za siebie i nie szukając jutra, bo jutra nie ma. Jest tylko tu i teraz.
Podobne?
Takie miało być. Mat świetnie zagrał nostalgię, może smutek. Dziwne to
zdjęcie... smutne dziecko. Charakteryzacja też nie pomaga. Jakiś nieopisany niepokój jest w tym zdjęciu, choć dynamiki wielkiej nie ma. Dzieci powinny się cieszyć, śmiać i bawić, ale przecież nie zawsze jest do śmiechu. Wiem coś o tym. Wie każdy kto ma w domu niepełnosprawne szczęście. Zwykły dzień to ciężka praca. Uśmiech? Jest, ale przez zaciśnięte zęby. Łzy? Całe garście...Świat zewnętrzny się nie dowie, bo i po co? Przecież to kłopot dla wszystkich, bo co z tym zrobić? Krzyczeć? A skąd brać siły? Walczyć? Przecież nie można o wszystko. Na zewnątrz krzyku nie będzie i nie ma się co łudzić. Nikt nic nie podpali i nie będzie wymachiwać szabelką. Moje życie i rehabilitacja to nie manifestacja, to nie rocznica. To zwykłe, mozolne życie.
"Myślę, że fotografie powinny prowokować i nie pokazywać tego co jest już
znane. Nie wymaga ani wielkiej siły ani magii odtworzenie czyjejś
twarzy na zdjęciu. Magią jest postrzeganie ludzi w zupełnie nowy sposób."
No to jeszcze kilka zdjęć Mateusza. Jedna sesja wiele wcieleń. Ja jestem śpiący i mało jem. Przebudzam się tylko trochę rano i wieczorem. Ciężko mnie nakarmić. Tak więc nuda. Nie ma o czym pisać. Śpię i już. No to zamiast oglądać pomalowanego mnie... przebierany Mat. Sami chcieliście, choć dziwi mnie, że nie ma komentarzy do Magicznego momentu. Dziwne... Mat w wielu wcieleniach...
Skoro dostałem zgodę to wykorzystuję. Dziś jest taki rozrywkowy
dzień, żeby oderwać wszystkich od mojej zwykłej szarej codzienności. Tuareg w
pełnej krasie, pięknie, własnoręcznie wystylizowany. Idealne przebranie na
karnawałową zabawę lub polskie dziady. Podobno podczas tego spotkania powstało
dużo ciekawych zdjęć… któż to może wiedzieć jak było w rzeczywistości. Zdjęcie jest
starsze ode mnie. Tuareg też jest starszy. Nie ma co ukrywać obaj z tatą musieli się wtedy doskonale bawić. Aha! Dziś zostały przekopane zasoby fotograficzne co nie jest proste. Pobieznie zostały przejrzane oczywiście. W związku z tym niebawem będzie niespodzianka czyli kilka wcieleń Mateusza z jednej sesji zdjęciowej. Malowanie mojej twarzy to drobiazg. Teraz wiem to na pewno!
No tak... różnicę widac na pierwszy rzut oka. Mały, szczęśliwy, ruchliwy chłopiec. Biega, mówi, bawi się. Rozwija się prawidłowo. Iskierka nie do opanowania. To dla porównania. Wiem gdzie jestem, wiem gdzie być powinienem. Czy to coś zmienia? Nic. Czy ma wpływ na cokolwiek? Chyba tylko na świadomość. Pytanie, czy ja choć w części będę tak potrafił, pozostaje bez odpowiedzi. Dążenie i chęci są. Wynik - niestety nie jest znany, ale próbuję. Ostatnie trzy dni byłem śpiący i mało jadłem. Obudziłem się dziś wieczorem. Tak jak mogłem dawałem znać, że jestem, że się obudziłem. Wołałem i zaczepiałem. Robiłem wszystko co potrafię, żeby wszyscy wokół wiedzieli, że jestem, że nie tylko ciało... Wołam... wiem, że słyszą. Odpowiadają, cieszą się, że jestem.
Taki magiczny moment może zdarzyć
się każdemu, a Ci którzy fotografują na takie momenty czekają. Jeśli potrafią
je odnaleźć sprowokować, wyczekać, odszukać etc. są szczęśliwi i spełnieni. Im
więcej takich chwil z aparatem tym lepiej. Skąd magia w tym zdjęciu? Przecież
to tylko kilka pokręteł, jakieś pomieszczenie i chłopiec... dla wyjaśnienia to
wnętrze małego parowozu w muzeum w Kościerzynie. Chłopiec to Mateusz... 3 lata
i 4 miesiące. Magia tego zdjęcia moim zdaniem to zamyślenie trzylatka. Coś
niemożliwego. Dzieci w tym wieku (oprócz takich dzieci jak ja) nie mogą
usiedzieć na miejscu. Są jak żywe srebro. Wszędzie ich pełno! Tu zaś Mateusz
jest zamyślony, myślami gdzieś w oddali, nieobecny... niepowtarzalna chwila. Do
dziś nikt nie wie co zainteresowało Mateusza, o czym myślał, gdzie się oddalił,
co obserwował. Została fotografia z ciekawym kadrem i historią. Tu znów duży
udział Tuarega... to rok 2005. Aparaty cyfrowe mają nieliczni zapaleńcy. Tata
zdecydowanie wtedy analogowy, na szczęście pożyczył kultowego Canona G2 z
zawrotną matrycą (uwaga!) 4 Megapixeli...
Mateusz też nie ma lekko. Często zamienia się w różne urojone w głowie fotografującego postacie. Czasem bez powodu, czasem w związku z jakimś fotograficznym zadaniem. Często przemiana odbywa się publicznie co Mateusza deprymuje, ale mój brat dzielnie sobie radzi z wyzwaniami. Trzeba przyznać, że niezły z niego model! Ofiara zbrodni Jokera, upiór szukający towarzystwa nad wodą, karciarz czy też osiedlowy łotrzyk z magnum za pazuchą to dla niego drobnostka! Moje malowanie twarzy to chyba przy tym pestka!
„Fotografia nie jest związana z patrzeniem, lecz z czuciem. Jeżeli
nie czujesz nic w tym, na co patrzysz, nigdy nie uda ci się sprawić, aby ludzie patrząc na twoje zdjęcia, cokolwiek odczuwali.”
Żeby nie było, ciotko Kaśko i anonimowy czytelniku, że tata
nie potrafi. Rzadko, ale zdarza się, że tata jest po drugiej stronie aparatu.
Tu zdjęcie Tuarega… całość chyba wyjątkowo udana. I tata jakiś taki ładny. Akordeon
przypadkowy, ale pasował idealnie. Czy to niesforność twórcza? Czy może
alterego lub fotograficzny ekshibicjonizm? Bez znaczenia. Fotografowany obiekt
i fotograf bawili się przednie. Rzecz jasna raz fotografował tata raz Tuareg,
który tego dnia również był doskonale przebrany. Jeżeli wyrazi pisemną zgodę na
publikację to i jego zdjęcie zostanie udostępnione. Komentarz do posta będzie
wystarczający. Materializacja świata wyobrażonego to piękny proces.
"Iść za marzeniem i znowu iść za marzeniem, i tak zawsze aż do końca."
Joseph Conrad
Byłoby pięknie móc wypowiedzieć swoje marzenia. Nazwać je i ubrać w słowa. Wtedy może zaczęłyby się spełniać, a tak leżę bez ruchu.Na pewno marzenia mają wszyscy wokół mnie, żebym wstał, zaczął widzieć i chodzić. Ale czy ja marzę? A jeśli tak to jak i o czym?Skoro poznaję głosy potrafię się cieszyć i złościć to chyba myślę. A jeśli myślę to może i marzę...
Wasze komentarze do Tygrysa zmodyfikowały trochę działania taty. Dziś mam na sobie wenecką maskę. Obyło się bez malowania twarzy.
Czy warto wypowiadać marzenia? Na pewno! Można je wtedy spełnić np. tak:
Tygrys to ja! Mateusz tak mnie pomalował. No to warczę jak tygrys. Jak mnie pomalowali to będą musieli wyczyścić. Wtedy się nie dam tak łatwo. Może się nauczą. W akcji odwetowej wtarłem nieco koloru w bluzkę, poduszkę i koc. Jak sobie popiorą to może im przejdzie. Malarze się znaleźli. Cierpliwy to ja muszę być. Nie ma co. Choć musze przyznać, że to malowanie mocno mnie pobudza. Ruszam głową i protestuję. Może właście taki jest cel tego malowania? A może chodzi o to, żeby nie nudzić Was zwykłymi zdjęciami mnie samego? Takiego zwykłego. Nie wiem co o tym myśleć...
"Out of the night When the full moon is bright Comes a horseman Known as Zorro"
Zorro Main Theme
I może ja tak właśnie uwolnię się od ciemnej strony snu. Jak Zorro pojawię się w pełnym księżycu przeganiając padaczkę i całą resztę. Może. Jak tylko mój mózg będzie miał chęci do rozwoju i stabilizowania się. Oj przydałby się taki mały Zorro w mojej głowie naprawiający szpadą połączenia synaps. Mógłby tez Bob Budowniczy zbudować ośrodek wzroku, którego nie mam, a Pomysłowy Dobromir i chłopiec z zaczarowanym ołówkiem mogliby naprawić resztę. Mogłaby równiez pojawić się załoga z filmu Interkosmos w miniaturowej łodzi podwodnej. Ileż możliwości i sposobów na naprawę mojej głowy. Jest jeszcze przecież Ola! Maniek, Duzersi, Pan Kleks, Barbapapa...
Dziś miałem rutynowe EEG. Pierwszy raz zapis nie przypominał totalnego chaosu. Dziś usłyszałem, że w zapisie zaczyna być widać podstawowe czynności pracy mojego mózgu. Co to oznacza? Nie mam jeszcze wyniku i opisu, ale w skrócie oznacza to, że jest lepiej. Po trzech latach mój mózg wykazał minimalne, ale jednak chęci do pracy. W zapisie lekarz nie zauważył zespołu Westa, który tak mnie osłabiał. Mówiać wprost te enigmatyczne podstawowe funkcje oznaczają, że mój uszkodzony i wybrakowany mózg próbuje się komunikować wewnętrznie nie doprowadzając mnie do napadów padaczki. Dzisiejszy zapis EEG jest potwierdzeniem mojej bardziej świadomej bytności na tym świecie w ostatnich tygodniach. To dobra wiadomość i bardzo się cieszę. To daje nadzieję na dalszy rozwój... żeby tak jeszcze z efektem kuli śniegowej! To pierwszy medyczny dowód poprawy mojego stanu. Dowód niespodziewany i zaskakujący. Chyba nie wiem co napisać... tak bardzo się cieszę.
"Panie Gibbs... Jeśli pan zechce, może pan rzucić moim kapeluszem."
Kapitan Jack Sparrow
Właśnie tak. Zje człowiek obiadek i chciałby odpocząć. Wiedziałem, że zostanie z tatą znów skończy się jakąś zabawą. Land Ho! Jak dotąd zjadłem wszystko co było w planach. Dostałem leki, picie, banana i zupę. Teraz odpoczywam. Mam pełny brzuszek. Nie śpię. Nasłuchuję. Mateusz ćwiczy.
Jak tak dalej pójdzie to tata zrobi ze mnie clowna i pomaluje mi całą twarz. Dołoży czerwony nos i gotowe. Ciekawe czy to wytrzymacie. To malowanie po twarzy bardzo mnie pobudza. To dodatkowe bodźce. Luneta jest chłodna i gładka. Czapka nieco przeszkadza, ale czego nie robi się dla taty. Spokojnej niedzieli. Ja wypływam w rejs.
Właśnie tak. Chwila nieuwagi i pełna deprawacja, a przede mną weekend z tatą. Mama będzie w szkole. Na szczęście nie karmili mnie jak Popeye'a szpinakiem. Dobrze, że w domu będzie jeszcze Mat. Strach pomyśleć co im jeszcze dziwnego może strzelić do głowy. Może zrobią ze mnie Chaplina albo Słonia Trąbalskiego. Sami mogliby się poprzebierać i wystąpić na blogowych postach np. w kolarskich ciuchach... mhmm ileż to muszę mieć cierpliwości. Wiem! Obudzę się przed 5 rano i zacznę krzyczeć i nawoływać. Ucieszą się! A ja będę uśmiechnięty i wyspany. Skarb po prostu. Leki działają i zapalenie oskrzeli przechodzę na razie łagodnie. Pobudka przed 5 rano jest zatem bardzo prawdopodobna.
"Już od najmłodszych lat mój spaczony charakter mówi mi, że jestem
inny niż ogół śmiertelników. Tu również odnoszę sukcesy. "
Salvador Dali
Wczoraj w nocy nie spałem wcale. Prężyłem się
i wołałem. Całą noc tata trzymał mnie na kolanach. Obejrzeliśmy zatem - wspólnie -W stronę morza i już o piątej rano tata odpadł.Ja nie spałem dalej.Rano, jak przyszła pani doktor okazało się,
że mam zapalenie oskrzeli. Wyjaśnia to moją nocną aktywność. Był lekarz jest i
antybiotyk i mama w wersji mobilna lecznica. Inhalacje, oklepywania, wieczne
doglądanie i sprawdzanie, mierzenie temperatury etc. Dom wariatów.Nawet kot zeżarł bazylię. W proteście, że
został przegoniony z łóżka. Czysty surrealizm, chaos, dalizm. Brakuje tylko płonącej żyrafy lub kobiety z
różami zamiast włosów. Zegarów mamy pod dostatkiem. Na razie dojrzałych.
Jeszcze nie zwiędły.
"Jest taka cierpienia granica, za którą się uśmiech pogodny zaczyna."
Czesław Miłosz
Dziś film, który w komentarzu polecił anonimowy czytelnik. Skoro ja mam nadzieję, że oglądacie filmy, o których czasem wspominam nie ma się co dziwić, że macie takie oczekiwania wobec mnie. I bardzo dobrze. Komentujcie i podpowiadajcie.
Mar Andetro to piękny film. Nabyta niepełnosprawność, wieloletnia walka o godność do decydowania o własnym losie i życie bohatera, jego rodziny i przyjaciół. Rodziny zmęczonej codzienną opieką, która z poświęceniem własnych pragnień i ambicji oddaje się opiece nad chorym. Ten film w przeciwieństwie do Nietykalnych nie tryska humorem, nie rozbawi widza do łez. Nie będzie szalonych rajdów samochodowych, ani spektakularnych przelotów samolotem. Jednak przyciągnie do ekranu i nie wypuści, aż do końcowych napisów. Spokój nadmorskiej osady, ciepłe doskonałe zdjęcia, spokojne życie i burzące ten spokój i obraz dążenie bohatera do popełnienia samobójstwa. Chęć uwolnienia siebie i bliskich od własnej osoby, codziennej opieki i poświęcenia. Pytania, które zadają sobie przykuci do łóżek i ich rodziny. Lekko nie będzie. Wrażliwszym polecam pudełko chusteczek. Film wbija w podłogę, a wszystko toczy się powoli i spokojnie...
"Niech żyje wesołość! Kto wie, czy świat potrwa jeszcze trzy tygodnie?"
Pierre Augustin de Beumarchais
Zabawa
z dynią? Czemu nie. Wszak miękka jest w środku i ma pestki. Zawsze to
coś innego dla naszych dłoni. Wróżki, czarodziejki, duchy... wszystko co
dzieci lubią i się nie boją. Ja na przykład byłem tak wystraszony, że
prawi całość smacznie przespałem. Tak bardzo się przejąłem... ale moi
koledzy i koleżanki bawili się świetnie. Zawsze to przecież jakaś
odmiana w naszym pełnym ćwiczeń i rehabilitacji życiu. Nam się podobało.
Panie mocno się napracowały i świetnie wszystko było przygotowane.
Bardzo dziękujemy.
P.S.
Do wszelkiej maści hejterów, krytyków i pseudokatolickich misjonarzy. Nie był to Halloween w celtyckiej formie i postaci, ani pogańskie dziady. Panie nie mają uprawnień i certyfikatów zrzeszenia celtyckich druidów, ani związku czarownic pogańskich. Dzieci znalazły się na zabawie za zgodą, wiedzą i aprobatą rodziców.